Kiedy Michał zakończył pracę nad ołtarzem, amboną i sediliami, i kiedy już kościół zaczęły wypełniać tłumy wiernych, proboszcz zaprosił nas do przytulnej kuchni na plebanii i przy herbatce debatowaliśmy o różnych sprawach - o egzotycznych podróżach, o życiu i o sprawach duchowych. Proboszcz miał już do nas zaufanie i cenił zwłaszcza zdanie Michała, bo wiadomo - facet zawsze bardziej ceni drugiego faceta, a kobiety w kościele głosu nie mają.
I w pewnej chwili ksiądz powiedział: -"Cholera, chór nam siada. Ludzie nie śpiewają, bo jest za jasno i nie widać tekstu z rzutnika"
Faktycznie: kościół szklarnia, a w słoneczny dzień cały był zalany słońcem, jak to bywa w tych nowoczesnych budowlach.
Ksiądz kontynuował: - "A może by tak pani Zosia coś na szybie namalowała? Zrobiłoby się ciemniej w kościele i lepiej będzie widać tekst na ekranie?"
Popatrzyliśmy na siebie z Michałem znacząco i już wiedzieliśmy, że nie będzie mowy o jakichś tam malowankach na szkle, pseudo-witrażach. Robimy albo prawdziwy witraż, albo wcale.
I tak zaczęła się nasza wspólna przygoda z witrażem do Kościoła Niepokalanego Serca NMP w Nowym Dworze Gdańskim, i z witrażem w ogóle.